Będąc w Polsce uwielbiam włóczyć się deszczowymi nocami po podłych, azjatyckich barach. W Warszawie to podziemne przejścia przy Rondzie Waszyngtona, tyły Hali Mirowskiej, okolice Wiatraka. Chińczyk, Wietnamczyk, Taj. Luk lak, chrupiący, w cieście – jeden, nomen omen, pies. 14 zeta, albo lepiej – 5 sajgonek za dychę, plus pomarańczowy glutsos w dzbanie i nara, nǐ hǎo.
Przypomina mi się wówczas, jak będąc niegdyś w Tokio, pod wpływem genialnego filmu dokumentalnego „Jiro śni o suchi” Davida Gelba wybraliśmy się z kobitą w podziemia stacji metra Ginza, aby zobaczyć Sukiyabashi Jiro – kilkustolikową, ponoć najlepszą na świecie susharnię (3 gwiazdki miszelę). Nie mając szans na rezerwację, a i dziadując nieco jena (podstawowe set menu to ok. 300$), zmoczeni jak kury tokijskim deszczem ustawiliśmy się w kącie tunelu obserwując z odległości przez szybę zesztywniałych, spoconych powagą sytuacji krawaciarzy, zaśmiewając się przy tym i zajadając przepysznym gyūdonem z papierowej torby, zakupionym na wynos w pobliskiej Matsuyi – ultrataniej, japońskiej sieciówce barów mlecznych, odpowiedniku dawniejszego stołecznego Karalucha, tylko w ogólnokrajowym wydaniu.
Kilka dni później wpadła mi w ręce recenzja owej knajpy, tym razem jednogwiazdkowa, w której podstarzała Amerykanka żaliła się, że czekała kilka tygodni na rezerwację, a gdy nie dała rady przełykać serwowanych kolejno porcji owoców morza, sushi master zwyzywał ją po japońsku i kazał wypierdalać na zewnątrz xD
To był dobry wieczór.
Smacznego i dobranoc Mirasy 🙂
Insta | Blog
#wanderlust – tag z moich opowiadanek i podróży.
#gotujzwykopem #foodporn #warszawa #polska #japonia #podroze #ciekawostki #film #heheszki