To jedna z najlepszych scen w historii kina i nawet z tym nie handlujcie
#kino #film #ciekawostki #takaprawda
To jedna z najlepszych scen w historii kina i nawet z tym nie handlujcie
#kino #film #ciekawostki #takaprawda
to już prawie dwa lata kiedy @appo_bjornstatd udostępniła taki wpis, bardzo lubię do tego wracać:
Ktoś to w końcu opisał.
Słownik nieoczywistych smutków:
Xeno – najmniejsza mierzalna jednostka relacji międzyludzkiej. Wymieniana jest na ogół między osobami całkowicie obcymi. Przyjmuje postać, przykładowo, błysku flirtu w oku, kiwnięcia ze zrozumieniem, albo wspólnego uśmiechu nad jakimś zrządzeniem losu. Te momenty są zupełnie nieprzewidywalne i mijają szybciej niż trwały, ale są ważnym pokarmem emocjonalnym, który łagodzi naszą samotność.
Kenopsia – niesamowitość miejsca, które jest na ogół pełne ludzi, a teraz jest ciche i puste. Szkolny korytarz wieczorem, opustoszałe biuro w weekend, pusty plac po wyjeździe wesołego miasteczka. Emocjonalny powidok tłumu, który sprawia, że to miejsce nie jest po prostu puste, ale ultra-puste, jakby nie było tam zwykłe zero, ale ujemna liczba ludzi. Ich nieobecność, która rzuca się w oczy, świeci jaskrawo, jak neon.
Swish fulfillment – ukłucie szczęścia po tym jak rzucimy coś przez pokój, a to idealnie trafi w swój cel. Książka na właściwy stosik, zmięta kulka do kosza, klucze w dłoń drugiej osoby. Jednorazowa bezbłędność, wewnętrzna doskonałość tej trajektorii i trafienia, która zaspokaja nas w pełni i która nie daje krzty pokusy ani potrzeby, żeby spróbować raz jeszcze. I która jest lepszym dowodem na sens monogamicznej miłości niż jakakolwiek piosenka kiedykolwiek zaśpiewana pod gitarę.
Lalalalia – kiedy mówimy sami do siebie, ale nagle orientujemy się, że ktoś jest obok i że może usłyszeć. I płynnie przechodzimy w to podśpiewywanio-pomrukiwanie pod nosem, robimy tę magiczną sztuczkę, która ma zwieść zmysł słuchu i ustrzec naszą przypadkową widownię przed usłyszeniem tego, co słyszy. A naszą pewność siebie przed rozmienieniem na drobne.
Midsummer – dzień 26. urodzin, czyli moment w życiu, w którym młodość przestaje być wymówką do czegokolwiek . Nie ma już na co czekać, musimy zacząć zbierać plony, nawet jeśli dopiero co je zasialiśmy. Od tej chwili dni będą już tylko coraz krótsze, aż w końcu i babie lato w powietrzu będzie nam przypominać o nadchodzących śniegach.
Flashover – magiczna chwila, w której wszyscy obecni zaczynają nagle mówić szczerze i o rzeczach dla siebie istotnych. Tak jakby chwilowy skok wzajemnego zaufania wywołał spięcie i słowom udało się wreszcie ominąć te wszystkie izolatory z ironii, które w sobie nosimy. A ładunek emocjonalny, którym się stale ładujemy, ocierając się i przeciskając przez świat, momentalnie spłynął do ziemi.
Chrysalism – pierwotny, kojący spokój, który czujemy siedząc w czasie burzy w jakimś w przytulnym wnętrzu. Hałas deszczu, który słyszymy jak czyjąś kłótnię piętro wyżej, kłótnię, w której nie rozróżniamy słów, ale w której słyszymy uwolnienie napięcia, które już rozumiemy doskonale.
Monachopsis – subtelne, ale uporczywe poczucie, że ustawicznie jesteśmy nie na swoim miejscu. Że ciągle jesteśmy w obcym sobie środowisku, jak ryby wyjęte z wody, jak foki na plaży. Niezdarni, nieporadni, nie umiemy się skupić, odnaleźć, ogarnąć. Tłoczymy się wśród innych niedostosowanych i nawet nie potrafimy się rozeznać, że tutaj blisko, ledwie za rogiem, szumi świat któremu byliśmy przeznaczeni, świat w którym bylibyśmy jak ryby w wodzie, naturalnie, lekko i bezwysiłkowo u siebie.
The meantime – chwila, w której sobie uświadamiamy, że nasze planowane przyszłe „ja” nigdy się nie zjawi, a jedyna wersja nas samych, którą mamy do dyspozycji, to ta, która jest w tej chwili. Jak gdyby rola, którą mamy w życiu odegrać, spadła właśnie na to wiecznie nieprzygotowane dziecko, które ciągle sobie nie radzi i które długo, długo, powtarzało sobie tekst pod nosem, ale wciąż go nie umie. A tu nagle zostaje wypchnięte w sam środek naszego życia, które jest już gdzieś w połowie drugiego aktu.
Velllichor – melancholia antykwariatów, pełnych starych książek, których nigdy nie przeczytamy. Każda z nich zamknięta jest w swojej własnej epoce, podstemplowana datą i zamknięta jak stary pokój, który autor porzucił lata temu. Jak stryszek, do którego nikt nie zagląda, a na którym kurzą się myśli porzucone zaraz po tym, jak zostały pomyślane.
Kairosclerosis – chwila, w której uświadamiamy sobie, że jesteśmy w niej właśnie szczęśliwi. Ta świadomość sprawia, że staramy się posmakować uczucie szczęścia, chcemy je uchwycić i zidentyfikować, obrócić pod światło i osadzić w kontekście. W wyniku tych manipulacji szczęście rozpływa się powoli acz zauważenie, aż wreszcie nie zostaje z niego nic więcej niż posmak.
Silience – mistrzostwo w niejednej sprawie, które niezauważenie dzieje się wśród nas. Ukryte talenty naszych przyjaciół i dalszych znajomych. Ulotne solówki grajków w metrze. Nikomu nieznane portfolia początkujących artystów. Cięte, a nigdzie nieutrwalone riposty w internecie. Wszystko to, co mogłoby być okrzyknięte arcydziełem, ale nie będzie, i to tylko dlatego, że arbitralnie sobie przyjęliśmy, że doskonałość musi być dobrem rzadkim. Przegapiamy w ten sposób diamenty tkwiące tuż pod powierzchnią, które może i nie są nieskazitelne, ale są na swój sposób wspaniałe.
Catoptric tristesse – smutek, że nigdy nie będziemy wiedzieć, co tak naprawdę myślą o nas inni. Czy myślą dobrze, czy źle, ani nawet czy w ogóle o nas myślą. Ciekawa rzecz, bo mimo że widzimy się nawzajem zupełnie ostro – tak jak siebie samych w lustrze – to i tak jest to obraz zupełnie przekłamany. Zniekształcony i wykrzywiony, tak jakby każde z luster było zanadto zajęte wygibasami i próbami przejrzenia się samo w sobie.
Adomania – uczucie, że przyszłość przybywa grubo przed czasem, że wszystkie te fantastyczne daty w rodzaju „2017” nagle są już tutaj, że wyskakują ze swoich przyszłych kryjówek i stają są teraźniejsze. I niezapowiedzianie krzyczą „sprawdzam” wszystkim naszym planom i oczekiwaniom. Podczas gdy my staramy utrzymać się w siodle, jedną ręką ściągając lejce, a drugą wymachując wysoko, jak uczeń w podstawówce, który w końcu wie, jaka jest odpowiedź na pytanie.
Trumspringa – pokusa żeby rzucić wszystko i wyjechać, zostać pasterzem w górach, który wędruje ze stadami owiec z pastwiska na pastwisko, za towarzyszy ma tylko strzelbę i psa, i który wieczorami siada z fajką w progu swej chaty by nasłuchiwać grzmotów w odległych stronach. Jest to zarazem pokusa zupełnie realna, wystarczy kliknąć i bilet już kupiony, ale jest też z góry oczywiste, że to tylko hipotetyczno-hipnotyczna wycieczka naszych myśli, ot naszego mózgu przerwa na marzenie, zanim wrócimy za bezpieczne biurko.
La cuna – nagły smutek na myśl o tym, że być może nie ma już nic do odkrycia i nowych światów do zasiedlenia. Smutek, że kiedy ostatni odkrywca wyruszał w stronę ostatniej białej plamy na mapie, to nie zawrócił, przypomniawszy sobie, że jego córka ma przecież zagrać w przedstawieniu, a on jej obiecał, że będzie. Gdyby był zawrócił, to może i cały nowy kontynent mielibyśmy dzisiaj do odkrycia, i moglibyśmy go trzymać w odwodzie jak żelazną rezerwę tajemnicy. Choćby po to, żeby móc mówić dzieciom, że „tego nikt nie wie” i „może ty, jak dorośniesz”.
Lapyear – rok, w którym stajemy się starsi niż nasi rodzice byli wtedy, kiedy my się urodziliśmy. Rok, który daje znak, że nasz zegar ruszył, że nasza zmiana w sztafecie już się rozpoczęła. I że musimy już biec na własną rękę, że nie możemy się już kryć za ich plecami. Że już nie będzie tak jak dotąd, że ciągnęli nas za sobą, a my tylko patrzyliśmy jak pokonują coraz to nowe płotki, płoty i rowy z wodą. Teraz to my musimy założyć żółte koszulki, te same, które tak nas zawsze fascynowały… i absolutnie przerażały.
Moledro – poczucie głębokiej więzi z pisarzem czy artystą, którego nigdy nie spotkaliśmy i nie spotkamy. Ten człowiek żył może stulecia temu i tysiące kilometrów stąd, ale mimo to umiał bezbłędnie wejść do naszej głowy i zostawić w niej szczyptę swojego doświadczenia, tak jak wędrowcy ustawiają piramidki kamieni, żeby oznaczyć szlak wiodący przez nieznane terytorium.
Énouement – słodkogorzkie uczucie, że oto dotarliśmy tu, do przyszłości, w której możemy wreszcie dowiedzieć się jak to wszystko się potoczyło i rozwiązało. Możemy się dowiedzieć kim została nasza młodsza siostra, na kogo wyrośli nasi przyjaciele i gdzie zaprowadziły nas nasze własne wybory. To jest bezcenna wiedza, zdobyta podjazdem do obozu przeciwnika, i odruchowo chcemy się nią podzielić z każdym, kto jeszcze tej podróży nie odbył. Ale z kim? Czyżby istniała jakaś część nas samych, która na ochotnika została gdzieś z tyłu, w tych minionych latach, i tam, na zapomnianym przez wszystkich posterunku, wciąż czeka na wiadomości z frontu?
Dead reckoning – gdy uświadamiamy sobie, że czyjaś śmierć dotknęła nas bardziej niż się spodziewaliśmy. Tak jakbyśmy podświadomie zakładali, że ta osoba będzie wiecznym i niewzruszonym punktem krajobrazu, niczym latarnia morska, którą możemy codziennie widzieć i nie zauważać przez lata, a która pewnej nocy po prostu się nie zapala. I choć ubywa nam tylko jeden punkt odniesienia, i choć ciągle możemy odnaleźć drogę – to czujemy się jakoś dużo bardziej w dryfie.
Ellipsism – smutek, że nigdy nie dowiemy się co było dalej, że nigdy nie będziemy wiedzieć jak dalej się potoczy historia kraju, świata i człowieka. Nie dowiemy się kto na czym wyszedł dobrze, a kto źle, nie dowiemy się co przyszło z tych wszystkich wysiłków ludzkości. Smutek, że z tej anegdoty, jaką jest życie, będziemy musieli wyjść przed końcem i nawet nie dowiemy się jaka jest puenta. Choć z drugiej strony, jest całkiem prawdopodobne, że ta puenta by nas ani nie rozśmieszyła, ani nie zaciekawiła. Że cała ta anegdota ma się nijak do naszego poczucia humoru i że okazałaby się jakąś koszarową, idiotyczną opowiastką o Polaku, Rusku i Niemcu, których diabeł zatrzasnął w latrynie i dał po dwa zadania.
The kinda blues – smutna świadomość, że wszystkie zdarzenia jakie zachodzą w naszym życiu, a które wydają się nam tak nowe i głębokie, nie są niczym wyjątkowym, a tylko jednym z kilkudziesięciu możliwych riffów na tej samej kombinacji akordów. I że te wszystkie emocjonalne poruszenia, tam głęboko, w sercu, to nic innego jak tylko covery starych standardów z Wielkiego Śpiewnika Emocji, który w 98% pokrywa się z tym, który ma szympans.
Ameneurosis – gdy w nocy usłyszmy trąbiący gdzieś w oddali pociąg. Ten dźwięk, który zarazem brzmi tak smutno i samotnie, a jednocześnie jest niesamowity, pociągający, wzywa nas do podróży, do ruszenia się stąd.
Sonder – kiedy uświadamiamy sobie, że każdy człowiek ma życie równie złożone jak my. Że każdy ma swój własny, osobny świat przyjaciół, ambicji, obaw, przyzwyczajeń i dziwactw. Że to jest ta wielka epopeja, która toczy się wokół nas codziennie i niezauważenie, jak mrowisko, które rozciąga się w głąb ziemi i łączy się tajemnymi, nieznanymi przejściami z tysiącami innych żyć, w których nigdy nie będzie nawet śladu po tym, że myśmy istnieli. Że dla tych wszystkich ludzi jesteśmy niczym więcej jak statystami na drugim planie w kawiarni, porannym korkiem na drodze, rozświetlonym oknem o zmierzchu.
Źródło: http://myslnikstankiewicza.pl/slownik-nieoczywistych-smutkow/
#ciekawostki #psychologia #nocnazmiana
Szczątki Władimira Komarowa, radzieckiego kosmonauty, który zginął podczas misji kosmicznej Sojuz 1 24 kwietnia 1967 roku.
#historia #ciekawostkihistoryczne #fotohistoria #ciekawostki #kosmos #zsrr
#historia #kalkazreddita #wietnam #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #infografika #zajebanezreddita
Tunele Wietkongu – infografika
nie sądzicie odnosnie zamachu na JFK niezależnie od scenariusza tych zdarzeń, że układ który się wytworzył trwał aż do końca kadencji Busha seniora..?
Gene Tatum wspomina, że przesłuchiwał nagrania z podsłuchów, które wskazywały, że w proces planowania zamachu zaangażowali się: były szef CIA Allen Dulles, szef FBI J. Edgar Hoover, wiceprezydent Johnson, republikański gubernator Nowego Jorku Nelson Rockefeller i… późniejszy prezydent George H.W. Bush, który rzekomo wtedy pracował dla CIA (już od końca lat 50.).
#historia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #polska
#madki #ciekawostki #rozowepaski
Postanowiłam się pochwalić, co kocham i czego nie znoszę w Portugalii. Ot tak, może ktoś planuje wyjazd to czegoś się dowie. A jak nie, to po prostu będzie #atencyjnyrozowypasek i #ciekawostki
Zaznaczam, że jest to WYŁĄCZNIE moja opinia, a przymusu na zgadzanie się z nią nie ma. W Portugalii mieszkam z przerwami od 4 lat. Trafiłam do niej kompletnie przez przypadek. Jeśli ktoś jest czegoś ciekawy, to zapraszam do pytań. Nie obiecuję, ale postaram się odpowiedzieć. Poza polityką, bo w to się kompletnie nie wtrącam.
Co uwielbiam w Portugalii.
1. Ludzi. Tacy radośni, otwarci, ciekawi, mili. Zazwyczaj uśmiechnięci, bardzo pomocni. Kiedyś potrzebowałam pomocy i jedna z kompletnie mi obcych osób zapytała co się dzieje. Po przedstawieniu sytuacji nie tylko próbowała mi pomóc, ale po chwili powiedziała „łajt hiyer” i zniknęła. Wróciła z ośmioma innymi osobami, które próbowały mi pomóc.
2. Na południu kraju, myślę że można obejść się bez grubej kurtki, wystarczy co najwyżej wiatrówka. Na północy – kurtka zimowa obowiązkowa, ale przyjemnie jest chodzić w lutym w lekkiej bluzie.
3. Desery. Portugalczycy nie mają sobie równych w pieczeniu. To, ile wkładają w to serca, delikatności, ostrożności i cierpliwości może zadziwić niejednego cukiernika lub fana słodkości. Jeśli kiedykolwiek będziesz w Portugalii – polecam Pão de Deus i koniecznie Ovos Moles.
4. Brak pośpiechu. Cecha, która jest jednocześnie wspaniała i doprowadzająca do szału (przynajmniej mnie) W Portugalii ma się wrażenie, że chodzi o spędzanie razem czasu, a nie o picie i jedzenie. Po prostu o bycie ze sobą.
5. Coś dla potencjalnych Erasmusów: Rozmowa z wykładowcami. Z początku strasznie dziwne było zwracanie się tytułem i imieniem do wykładowcy. U nas popularna jest „panie doktorze/panie profesorze” lub „mam ten przedmiot z profesorem X”. Ja miałam bardzo dziwną sytuację w 2014 roku, kiedy została zmieniona sala wykładów. Na pół po angielsku, na pół po portugalsku próbowałam dogadać się z kimkolwiek, gdzie jest ten wykładowca z tą grupą. Mówiąc „poszukuję profesora X od przedmiotu Y” nie uzyskałam pomocy. Dopiero potem dowiedziałam się, że powinnam powiedzieć, że szukam „Profesora João/ Roberto/Antonio/Andre/Any/Marii itd itd”. Po prostu – tytuł i imię, a nie nazwisko. Mogę powiedzieć, że tworzy naprawdę ciekawą i bliżą więź z wykładowcą. Jest mniejszy dystans.
6. Widoki. Portugalia to nieskończość piękna – gór, pagórków, oceanów, architektury. Nawet w najbrzydszym miejscu znajdziesz coś, co odbierze dech z zachwytu.
7. Ceny. Faktycznie koszty życia w Porto czy w Lizbonie są dość wysokie, ale na północy gdzie mieszkam w kolejnym już mieście, nie mogę powiedzieć że ceny są wysokie. Portugalczycy są przeciwnego zdania, jednak ja uważam, że koszt 30 euro za prąd (dwa miesiące) w grudniu w okresie świątecznym (zapalone lampki 24/7 plus ładowarki, komputery itd) nie jest to wiele. Zważywszy na to, że zwykle koszt zużycia w Polsce, nawet przez jedną osobę jest wyższy. Żywność jest dość droga, podobnie jak odzież.
8. Nawet z barierą językową – dogadasz się. Zwłaszcza w urzędach, marketach, aptekach i placówkach pocztowych. Na migi też się da dogadać. Na onomatopeję także (sprawdzałam)
9. Pomarańcze – rosną chyba w każdym ogródku. Przepiękny widok.
Czego nie znoszę w Portugalii.
1. Wspomnianego wyżej braku pośpiechu. Każdy lubi poleniuchować albo wyznaje zasadę „śpiesz się powoli” jednak portugalska tradycja w tym, mnie Polkę, doprowadza do szału. Potrzebujesz coś pilnie załatwić? Nooo to może jutro albo potem? Albo w ogóle kiedy indziej? Ale cooo się pan/i przejmuje? Najwyżej się świat skończy i wszystko zawali, no to co? Spoookooojnie.
Kiedyś po takim dniu, mocno sfrustrowana załatwieniem dosłownie niczego (co w Polsce załatwiłabym w ciągu godziny lub dwóch) zapytałam znajomego „a jak się rodzi dziecko i natychmiast trzeba jechać do szpitala, to też się tak zachowujecie, że jest czas i zdążycie?!” Z rozbrajającą powagą mi odpowiedział „to zależy, ale chyba nie”. CHYBA. No super.
2. Zimy. Jak ktoś mówi że w Portugalii nie jest zimo w zimie, to po prostu w niej nigdy nie był. Rzeczywiście nad oceaem zimy są dość łagodne i ciepłe (dla statystycznego Polaka), ale inaczej się na to patrzy, gdy okazuje się że nie ma ogrzewania. Bo częstonie ma. Portugalia nie jest Hiszpanią i nie jest tak gorącym krajem, jak uważają sami Portugalczycy (uważają też że dla 3 miesięcy zimy nie ma sensu robić tych ogrzewań). Standardem utrzymywania ciepła są podwójne okna i farelki. Jedne niewiele dają, a drugie są ogromnym obciążeniem dla domowego budżetu, gdyż są niewiarygodnie prądożerne. Jeśli wybierasz się do Portugalii w zimie – weź ze dwa grube polary, koc i termofor. Nie żartuję. W listopadzie są nieraz warunki do surfowania, ale za dwa tygodnie będziesz marzyć o polskiej zimie, bez względu na to jak zimna jest. Portugalska zima nie jest zimna. Jest mokra i chłodna, ale ten chłód wykańcza i przenika do szpiku kości. Dopiero od jakoś 2016 roku ludzie decydują się na montaże gazowych piecyków lub opalanych olejem opałowym czy wykorzystujące ropę/benzynę. Portugalczycy mieszkający w domach, zwykle wynajmują pokoje Erasmusom i turystom (w miastach studenckich często jest ich jedyne źródło dochodu), ale jeżeli nie czują takiej potrzeby, to wielu Portugalczyków finansowo nie stać na ogrzewanie zimą całego domu. Zwykle więc jest to jeden lub dwa kominki w głównych częsciach domu, gdzie przebywają domownicy, jak salon czy kuchnia.
3. Lekkomyślności związanej z brakiem pośpiechu. Portugalczycy uważają, że wytłumaczenie „nooo tak wyszło” w sytuacji wręcz życia i śmierci jest odpowiednim i satysfakcjonującym. Czasami od tego zależy być albo nie być i tłumaczenie „no tak wyszło, rozumiesz przecież” nie sprawia, że rozumiesz i czujesz się lepiej.
4. Picia. Portugalczycy piją dużo. Może nawet zbliżoną ilość co do Polaków. Tak – stawiają na trunki winiarskie i likierowe, ale i bimber potrafią pędzić. Dobry i mocny jak sto diabłów. Osobiście bardzo mi przeszkadza to z czym spotykałam się w barach, to to że barmani także piją z klientami. Nawet więcej – zdarzyło się, że to barman polewał sobie i klientowi na jego rachunek i wypijali po kilka kieliszków razem.
5. Portugalskiej kuchni. Niestety, ale jest to kuchnia trochę przeplatana, na zmianę lekkim potrawami aż po te ciężkie i ociekające wręcz tłuszczem. Osobiście mi nie pasuje portugalska kuchnia, ale to się rzadko zdarza, bo każdy obcokrajowiec, który jej kosztował jest nią zachwycony.
6. Język – portugalski jest trudny. Tym bardziej jeżeli język polski czy angielski są tak różne od portugalskiego. Jeżeli znasz francuski lub włoski – dogadacie się po portugalsku. Jeżeli znasz hiszpański – też. Jednak nie liczyłabym na angielski za bardzo, więc chcąc nie chcąc, trzeba się tego portugalskiego nauczyć chociaż trochę. Nawet jak planuje sę tam być tylko przez miesiąc czy pół roku.
7. Ryby, świeże owoce i warzywa w marketach – nie poleciłabym ich kupowania w marketach. W Polsce także mamy działy rybne i zazwyczaj zapach na nich jest typowo „rybny” (soli i świeżości) tak w Portugalii, czasami zapach jest trudny do zniesienia. Bynajmniej z zapachu świeżości. Czasami mam wrażenie, że warzywa i owoce leżą chyba tak długo, dopóki się nie sprzedadzą. Kiedyś w markecie byłam świadkiem awantury pomiędzy turystką lub studentką na wymianie a pracownikiem sklepu. Dziewczyna zgłosiła, że na dziale z warzywami coś gnije i jest dużo much. Poszłam zobaczyć. Larwy zalęgły się w gnijących ziemniakach. Lepiej pofatygować się i iść na targ i tam kupić świeże warzywa i owoce.
8. Albo pod górę, albo z góry. Inaczej to się nie da.
9.Portugalczycy są bardzo wrażliwi na określenie, że są podobni do Hiszpanów. Chyba reagują gorzej niż Polak który słyszy, że Polska jest w Europie wschodniej. Gestykulacja, ton głosu przepełnony emocjami i zwyczajnie głośny – potrafi być bardzo męczące.
10. Spóźnianie się wręcz patologiczne i informowanie o ważnych sprawach zbyt późno.
No, to chyba tyle 🙂
#portugalia #podroze #podrozujzwykopem #atencja #poradadnia #rozowypasek #zagranico
Ćma Gynanisa maja z Afryki posiada wzory na skrzydłach przypominających oczy ptaka , których używa do oszukiwania drapieżników
fot. Tim Flach
Odkrywaj świat z wykopem —> #exploworld
#ciekawostki #fotografia #zwierzeta #exploworld
Największa i najmniejsza latająca papuga.
Ara Hiacyntowa – mogąca osiągać razem z ogonem metr długości i wagę nawet 1,7 kg. Rozpiętość skrzydeł może wynosić ponad 120 cm.
W naturze występuje w tropikalnych lasach deszczowych Brazylii. W hodowli jest jedną z najdroższych papug na świecie (osiąga ceny powyżej 10000$).
Karłówka Płowolica – długość ciała z ogonem około 8 cm, masa ciała 10-15 gramów. Zamieszkuje lasy Nowej Gwinei.
#ciekawostki #zwierzaczki #ptaki #ornitologia #papugi #przyroda
#mapy #ciekawostki #warszawa #polandstronk #ekonomia
dziś się nauczyłem że amerykanie też mają swoje Karyny tylko definicja inna
#ciekawostki #heheszki #karyna
@m__b @a__s @wykop #kiciochpyta #ciekawostki #technologia #teoriespiskowe
Dziwna rzecz.
Wpisy na Mirko dostają adres, który wypływa wprost z ich kolejności w historii istnienia mikrobloga, tak? Są po prostu numerowane kolejnymi liczbami nieparzystymi. (Parzyste numerują znaleziska)
Wpis 20, będzie mial adres /wpis/39. Wpis tysięczny dostanie numer 1999.
pokaż spoiler 1.wpis – 1; 2.wpis – 3; 3.wpis – 5; 4.wpis – 7
Ale pod numerem 1 wcale nie stoi pierwszy wpis w historii
I tu pytanie. Legendarny bait, wpis, który przebił 1200 komentarzy, o okultyzmie, egzorcyzmach od @dstranz
Dlaczego ma on numer 1? To błąd? To celowe? A może egzorcyzmy wcale nie były baitem i to sprawka samego Szatana ( ͡° ͜ʖ ͡°)
https://www.wykop.pl/wpis/1
W Rzeczpospolitej jest duży artykuł o obecnym prezydencie Chin, pokazujący go wyłącznie w pozytywnym świetle, przemilczając problemy mniejszości narodowych, ograniczanie wolności wyznania, itp. Co w tym dziwnego? To, że jest to artykuł sponsorowany – Chiny wprost reklamują swojego przywódce w polskiej gazecie. Ciekawe czy w innych dziennikach również.
#ciekawostki #chiny #neuropa #4konserwy #xijinping #prasa
47/100 Dawno nie było wpisu, a pominąłem jedną liczbę, to teraz dodaję 🙂
Najmniejszym kotem świata jest kot singapurski/singapura. W 1991 r. rząd Singapuru uznał te koty za żyjący skarb narodowy.Jego druga nazwa to KUCINTA, czyli kot miłości.
Między kocurami a kotkami nie ma dużej różnicy w wielkości: samce ważą około 2,7-3,6 kg a samice około 2,2-2,7 kg (wg TICA). Koty tej rasy rozwijają się do drugiego roku życia. Singapury występują tylko w jednym kolorze: bogaty, ciepły, brązowy ticking na tle koloru starej kości słoniowej, często w żółtym odcieniu, zanikając ku spodowi ciała. I ten genialny, głęboki kolor oczu w odcieniach od zielonego do orzechowego.
Za rok powstania rasy kot singapurski uznaje się 1975 r., kiedy Tommy Meadow zabrał ze sobą 3 kocięta z Singapuru do Stanów Zjednoczonych. Koty te stały się bazą hodowlaną dla nowej rasy. Ich nazwa pochodzi od nazwy miasta Singapur w języku malajskim (Singapura), która oznacza Miasto Lwa. Według legendy kot singapurski jest oryginalną rasą kota południowo-wschodnioazjatyckiego, którego w obecnej postaci spotkać można na ulicach Singapuru. Najpierw był znany w Stanach Zjednoczonych, gdzie go rozpowszechnił Tommy Meadow, jednak eksperci od kotów abisyńskich, dr Brigitte Leonhardt i Harald Fuchs, którzy odbyli wiele podróży studyjnych na Daleki Wschód, nie mieli okazji zobaczyć ani jednego dziko żyjącego kota tego typu. W końcu tajemnicę odkrył nowozelandzki genetyk i hodowca kotów Terry Lomax. Koty singapurskie powstały podczas programu hodowlanego z kotami burmańskimi i abisyńskimi, przy niewątpliwym udziale kotów syjamskich tabby, które wniosły do rasy element srebrzystości.
#100kocichciekawostek #ciekawostki #koty #zwierzaczki
Shikigami (式神) Istoty używane przez onmyōji, pełnią rolę amuletów szczęścia, duchów strażniczych, lub demonów sprowadzających klątwy. Występują w różnych formach, często zaklęte są w małe przedmioty, lub papierowe talizmany, inne przyjmują postać zwierząt. Najpotężniejsze skikigami objawiają się jako ludzie lub demony. Shikigami nie posiadają własnej woli, są tylko narzędziami zmuszonymi do służby przez kapłanów.
Czarnolisto( ͡° ͜ʖ ͡° )つ──☆*:・゚ #yokainadzis
#japonia #ciekawostki #mitologia
„Społeczne darmozjady” wróciły na Białoruś
słowo „Polska” to jednocześnie rzeczownik i przymiotnik, z tym, że przymiotnik pisze się z małej litery.
#ciekawostki #ciekawostkijp
To jest naprawdę creepy
Chris Costner Sizemore, ur. w latach 20 w USA cierpiała na rzadki przypadek osobowości mnogiej; na filmie widać jak psycholog rozmawia naprzemiennie z 3 „uwięzionymi w jednym ciele”, różniącymi się diametralnie charakterem i wiedzą kobietami;
Chris umarła dopiero niedawno (można znaleźć na YT wywiady z nią nakręcone jeszcze niedawno), mając przez resztę życia w sumie stwierdzonych ok 20 oddzielnych osobowości, które okresowo pojawiały się i zanikały;
dwukrotnie była zamężna;
na podstawie jej historii nakręcono nagrodzony Oscarem film ” Trzy oblicza Ewy”
osobowość mnoga wytwarza się po szczególnie bolesnych, traumatycznych przeżyciach i kryzysach, przebytych w dzieciństwie i powiązanych z tematyką śmierci oraz seksualności
#ciekawostki #gruparatowaniapoziomu