Tak wyglądała scena kłótni Horna z Bucholtzem w powieści. Jak widać nie zawsze warto sztywno trzymać się oryginału ( ͡° ͜ʖ ͡°)
– Pan za mocno akcentujesz swoje słowa – szeptał Bucholc wyciągając się w fotelu.
– Nie umiem inaczej mówić – warczał Horn.
– Potrzeba, żebyś się pan nauczył, bo ja tego nie znoszę.
– To mi jest Schwam-druber, panie prezesie – mówił prawie spokojnie, tylko usta mu drgały nerwowo, a niebieskie oczy pociemniały nagle.
– Do kogo to pan mówisz? – podniósł nieco głos.
– Do pana prezesa.
– Panie Horn, ja pana ostrzegam, bo ja za wiele cierpliwości nie mam, ja panu…
– Nie potrzebuję wiedzieć, czy pan jest cierpliwy, czy nie, to mnie nie obchodzi.
– Nie przerywaj pan, kiedy ja mówię, kiedy Bucholc mówi!
– Nie widzę przyczyny, dlaczego nie może być cicho Bucholc, kiedy Horn mówi.
Bucholc zerwał się, ale tylko syknął z bólu, gładził przez chwilę okręcone nogi i oddychał ciężko, przykrył powiekami oczy, złość nim trzęsła, ale milczał, bo chciał panować nad sobą.
Horn, który z całą świadomością i nawet z pewną metodą rozdrażniał go coraz bardziej, złożył księgi, najspokojniej zabrał swoje ołówki, gumy i obsadki, owinął je w papier i schował do kieszeni.
Robił to wszystko bardzo wolno i spoglądał na Borowieckiego, który zdumiony jego zachowaniem i tą niesłychaną kłótnią, nie wiedział, co zrobić ze sobą. Nie mógł wziąć strony Horna, bo nie wiedział, o co im poszło, a zresztą nie ująłby się i tak za nim, bo więcej go obchodził Bucholc. Patrzał więc zgorszony na Horna, który spokojnie kładł kalosze i uśmiechał się sinymi z irytacji ustami.
– Pan u mnie miejsca nie masz, ja pana wyrzucam – szepnął Bucholc.
– Ja sobie robię grubą nieprzyzwoitość z pana i z pańskiego miejsca. Wsadzał drugi kalosz.
– Prócz tego każę cię wyrzucić za drzwi.
– Spróbuj, chamie! – krzyknął ubierając się śpiesznie w palto.
– Kundel, za drzwi z nim! – szepnął jeszcze ciszej Bucholc, ściskając nerwowo kij.
– Daj spokój, August, nie próbuj, bo tobie razem z twoim panem nadłamię żeber.
– Verflucht! Za drzwi z nim! – zakrzyczał.
– Milczeć złodzieju! – ryknął Horn chwytając za jakiś ciężki stołek i gotów był bić, gdyby go był ktokolwiek dotknął. – Milczeć, ty szwabska mordo! ty szakalu! – rzucił stołkiem pod biurko i wyszedł, trzasnąwszy tak silnie drzwiami, aż wszystkie szyby z nich wyleciały.
Borowiecki wysunął się już przedtem.
Bucholc opadł z jękiem, nieprzytomny prawie z gniewu, miał tyle tylko sił, że nacisnął guzik elektryczny i przyduszonym, ochrypłym głosem szepnął:
– Policja!
Długa cisza zapanowała w pustym kantorze. Lokaj stał bez ruchu przestraszony i nie wiedział, co robić, patrzył na twarz siną Bucholca i na wykrzywione z bólu usta, który oprzytomniał wreszcie, otworzył oczy, popatrzył na pusty kantor, poprawił się w fotelu i po długiej chwili zawołał łagodnie:
– August!
Lokaj podszedł ze strachem, bo jak tylko wołał po imieniu i udawał łagodnego, wtedy był na j straszniejszy m.
– Gdzie pan Horn?
– Jaśnie pan go wyrzucił, to i poszedł.
– Dobrze. A gdzie pan Borowiecki?
– Zajrzał tylko i zaraz wyszedł, musiał iść na obiad, bo już po dwunastej, fabryki dosyć dawno gwizdały na południe – przeciągał umyślnie odpowiedzi.
– Dobrze. Stań z boku.
Lokaj drgnął, ale wypełnił rozkaz.
– Słucham! – rzekł bardzo pokornym głosem.
– Kazałem ci wyrzucić tego psa, dlaczego nie słuchałeś, co?
– Jaśnie panie on sam wyszedł – zaczął się tłumaczyć ze łzami.
– Milczeć! – krzyknął i uderzył go z całej siły kijem przez twarz.
August bezwiednie cofnął się w tył.
– Stój, chodź bliżej!
I gdy lokaj pod wpływem strachu znowu się przysunął, przytrzymał go za rękę i potężnie obłożył kijami.
August nie próbował się nawet wydzierać, odwrócił tylko twarz, żeby ukryć łzy, które mu się strumieniem lały po wygolonych policzkach, a gdy Bucholc przestał go bić śmiertelnie zmęczony i leżał w fotelu jęcząc, zaczął obwijać mu nogi we flanele, które się pozsuwały podczas gwałtownych poruszeń.
#ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #film